Przejdź do głównej zawartości

Tłusty Czwartek

W Tłusty Czwartek, 24 lutego, tydzień temu świat, jaki znaliśmy do tej pory skończył się. Rosja zaatakowała Ukrainę. Trudno znaleźć portal czy osobę w internecie, która chociażby słowem się do tego nie odniosła. Ja o sytuacji geopolitycznej nie mam zamiaru rozprawiać - nie jestem specjalistą, nie mam odpowiedniej wiedzy. Staram się obserwować rzetelne źródła, które weryfikują informacje wrzucane do sieci. Rozprawiać za to będę o swoich emocjach, bo na tym trochę jednak się znam.
Czwartek, jako ten pierwszy dzień przeżyłam w szoku. Bo jak to wojna? Taka, którą znam z książek? Tuż za rogiem? W XXI wieku, gdzie latamy w kosmos, wymyslamyh cuda na kiju ktoś wjeżdża w niewinnych ludzi czołgiem? Nie pomógł mi też fakt, że Zuzia przyniosła wieść o wojnie z autobusu. Moje emocje poszły więc w odstawkę i musiałam zająć się tymi niespełna pięcioletnimi. Tu chyba poszło dobrze, bo do tej pory temat nie był poruszany. W domu nie słuchany radia w czasie wiadomości, nie oglądamy też programów informacyjnych. Również ze względu na dzieci. Kolejne dni to było w moim wypadku sprawdzanie wiadomości, śledzenie sytuacji. I stres. I pomoc na tyle, na ile mogłam ludziom, którzy z dnia na dzień zostali z niczym. Oczywiście były też wizualizacje co byłoby, gdyby to nas spotkało? Ale to szybko przegoniłam. Starałam się skupić na tym co tu i teraz i na tym, na co mam wpływ. Ale z tyłu głowy ciągle wojna. Ilość newsów i fake newsów wyskakujących w sieci dosłownie wszędzie mnie przytłoczyła. Emocjonalnie podchodzę do wielu spraw, więc nie jestem zdziwiona swoją reakcją na te wydarzenia. Jestem niestety zdziwiona ich skalą. Trochę odbiło się to na moim zdrowiu. Zdecydowałam więc wrócić po tygodniu do "mojego" internetu w miarę moich możliwości. Coś pisać, coś publikować. Jako bufor bezpieczeństwa i namiastkę normalności. Moja codzienność nie różni się zbytnio od tej sprzed tygodnia. Tak samo muszę zjamować się domem, dziećmi. Tak samo organizować wizytę u lekarza, pamiętać o ważnych rzeczach. Dom, rodzina są dla dzieci azylem. Bezpiecznym miejscem. Tak ma pozostać. I tak długo jak to możliwe, mają dziećmi zostać.
Niewyobrażalnie szkoda mi jest tych wszystkich ludzi, którzy musieli opuścić swoje azyle. Znam już obrazki z przejść granicznych, z dworców, z ośrodków. I wystarczy. Nie odwracam głowy, nie udaję, że tego nie ma, ale muszę zamknąć oczy na chwilę i wziąć oddech. Bo inaczej zwariuję :) Jak umiem  wspieram. Ale potrzebuję też normalności. Muszę co nieco przyciąć w ogrodzie, zająć się wypożyczeniem glebogryzarki do powiększenia warzywnika, opryskiem drzewek przed chorobami. I dziećmi. Na to mam realny wpływ. 
Bądźcie w tym trudnym czasie dla siebie dobrzy i wyrozumiali. 
Na koniec mam tylko jedną prośbę : uważajcie na fake newsy. Weryfikujcie, wstrzymujcie się z publikacją, jeśli nie macie 200% pewności, co do danej informacji. Nie powielajcie informacji: "znajomy mojego brata słyszał gdzieś, że... ". Wszyscy jesteśmy wystarczająco spięci zaistniałą sytuacją i nie są nam potrzebne kolejne podziały i wojenki między nami o to, kto ma rację. Ściskam 💛

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Balkonowa metamrfoza

 Lubię sprawiać bliskim prezenty. Lubię wiedzieć czego im potrzeba, co sprawi przyjemność, będzie użyteczne lub związane z ich zainteresowaniami. Schody zaczynają się, gdy obdarowywany 'ma już wszystko', brak mu szczególnego zainteresowania, z którym łączą się jakieś gadżety, czy wydaje się, że wszystkie pomysły już wcześniej zostały zrealizowane. Okazji jest całkiem sporo, bo urodziny, imieniny, dzień mamy, taty, babci, dziadka, dziecka. Do tego przeważnie obdarowuje kilka osób i fajnie byłoby nie zdublować prezentu. O dniu mamy i taty nigdy nie zapominam. Przy innych okazjach niestety mi się zdarza... Natomiast te dwa święta (i jeszcze kilka innych) są szczególne. W tym roku razem z bratem postanowiliśmy zrobić rodzicom wspólny, ciut wcześniejszy prezent. Tym razem postawiliśmy na użytkowość. Zdecydowaliśmy się na metamorfozę balkonu. Od roku czy dwóch bez przeszklenia, wciąż czekał na lepsze jutro. Zawsze coś było ważniejsze, a balkon stał się składzikiem rzeczy, których nie...

Macierzyństwo

Od kilku dni, jeśli nie dłużej, noszę się z zamiarem napisania tego tekstu. I nadszedł w końcu ten czas ;) Może najpierw geneza. Obserwuję różne profile na instagramie. Jedne ze względu na piękne zdjęcia,  drugie ze względu na treści, a jeszcze inne że względu na znajomość. Na jednym z nich, którego mogę zaliczyć do drugiej z wyżej wymienionych grup od kilku tygodni pojawiały się treści, z którymi nie do końca mogłam się zgodzić. Ba, nawet budziły we mnie... może nie oburzenie, ale raczej negatywne emocje. Rzecz jest o macierzyństwie. Każdy kolejny post tyczy się ograniczenia,  jakie niesie za sobą rzeczony stan. A to skończyło się życie, a to zostałam oszukana, bo dziecko płacze, nie śpi jak na pięknych zdjęciach w internetach i temu podobne historie. Nie mam wielkiego stażu macierzyńskiego, ale może właśnie ja-mloda, niedoswiadczona mama powinnam napisać jak jest? Jak jest u mnie, bo komentarze, które widziałam pod tymi postami zdają się mówić, że 95% matek czuję się "oszuk...