Jakoś wyjątkowo intensywny czas u mnie nastał ostatnio. Oprócz większej liczby zadań do wykonania okazało się, że sporo osób w ostatnim czasie mnie potrzebowało. Trochę przez to odpuściłam szycie... ale za to zaplanowałam sobie wszystko i wygląda to całkiem sensownie :D Zacznijmy od tego, ze uporządkowałam sobie tydzień. W niedziele pojawiać się będą posty o minionym tygodniu, o tym co mnie dotknęło, czego doświadczyłam... albo co dobrego ugotowałam :D Środa będzie dniem postów o mojej twórczości: szycie, szydełkowanie i inne "sroki". To pozwoli mi wpaść w regularny rytm, co w perspektywie nadchodzących zmian wydaje się być bardzo istotnym elementem naszego życia. To tak w ramach informacji. Co mnie zatem dotknęło w tym tygodniu? Wczorajsza rozmowa z mężem. Pod wpływem różnych zajść wokół, mojego lubego tchnęło na przemyślenia... "Jak nam się to wszystko dobrze układa, spokojnie, do przodu. Jak bez większych problemów przemy do przodu wiodąc spokojne w sumie życie". Tu musiałam mu przerwać, bo poczułam oburzenie! Nic nam się nie układa. Nie układa się samo. To MY to sobie ułożyliśmy. To MY na to zapracowaliśmy i nadal nad tym pracujemy. Nic nie spadło nam z nieba. To co nas dotyka, to następstwo naszych działań. Ok, zdarzają się sytuacje, na które nie mamy wpływu, których nie możemy przewidzieć. Ale mamy świadomość, że musimy sobie w nich poradzić, musimy się odnaleźć. Nasze dalekosiężne plany są tak obrane, żebyśmy już teraz małymi kroczkami zmierzali w ich stronę. Do niedawna sama myślałam jak to się dobrze układa, jak nam się poszczęściło, bo mieszkanie dobre, pies super, dziecko w drodze... Być może ma na to wpływ przypadek - w całości lub po części. Nie można jednak umniejszać swoich zasług w tej kwestii. Teraz wiem, że "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz". To my kreujemy swoją przestrzeń. To my decydujemy jak odbieramy otaczającą rzeczywistość. To my mamy wpływ na to, czy złe doświadczenia nas wycofają, czy nauczą czegoś na przyszłość. Wiele osób wątpiło w powodzenie pokazów artystycznych, jakie oferujemy. Wiele pewnie śmiało się myśląc, że to głupia zabawa. Pewnie spora część osób uważała bądź uważa mojego męża za szaleńca, bo jest trenerem lekkiej atletyki charytatywnie. Prowadzi treningi praktycznie codziennie. Nie zarabia na tym. Nie ma go też codziennie kilka godzin w domu. Oprócz ośmiogodzinnej pracy na etacie rzecz jasna. Widzimy się na obiedzie i wieczorami. Czasem tego czasu jest więcej, czasem mniej. Do tego dochodzą weekendowe wyjazdy na zawody i latem obóz. Jasne, że wolałabym, żeby więcej czasu poświęcał mnie. Teraz w zasadzie nam. Ale widzę, jakie to dla niego ważne. A kiedy on jest szczęśliwy, to i ja. On ma swoje zajęcia, ja w tym czasie planuję swoje. Żeby nie mijać się. Wierzę, że to wszystko zaowocuje. Że przyniesie zamierzony efekt. Na to wszystko pracujemy. Obydwoje. Mój mąż na wyjazdach, ja w domu. No bo jak myślicie, kto robi kanapki na podróż ?;)
PS
Dziś odbyłam zimowy spacer po lesie z siostrą. Ale nas szczęście dotknęło! Nie dość, że aura piękna, to drogę przecięły nam sarny! Parę kroków dalej okazało się, że kica za nami zając. Czyż mogło być piękniej?
PS
Dziś odbyłam zimowy spacer po lesie z siostrą. Ale nas szczęście dotknęło! Nie dość, że aura piękna, to drogę przecięły nam sarny! Parę kroków dalej okazało się, że kica za nami zając. Czyż mogło być piękniej?

Komentarze
Prześlij komentarz