Po moim story na Facebooku czy instagramie piszą do mnie czasem mamy starszych dzieci, maluchów, mamy jedynaków czy dwójki z pytaniem " jak Ty to ogarniasz? Ja z jednym/dwójką tak nie umiem, a Ty z trójką sobie radzisz." Nie powiem, jest to bardzo miłe, chociaż trochę zawstydzające. Bo jak ogarniam? NIE OGARNIAM WSZYSTKIEGO. Zdjęcia czy filmiki na story, to sekundy czy minuty z 24 godzin. Jasne jest też, że nie nagrywam kłótni dziewczyn, nie nagrywam płaczu Jaśka czy bałaganu, który "się" wytworzył (chociaż czasem uchylam rąbka tajemnicy, że różowo nie jest 😛).
Jeśli więc wrzucam na story, że od rana jesteśmy na dworze, ja ogarniam podwórko, dzieci się bawią same, albo organizuję im jakąś zabawę, w którą się angażuję i do tego w międzyczasie robi się pranie, to prawie na pewno sterta suchych ubrań czeka na złożenie, a na obiad jemy wczorajsze danie albo mrożone pierogi (ze sklepu, nie żadne moje zapasy). Priorytetem jest, żeby dzieci były przebrane i najedzone. Cała reszta może poczekać. Nie da się (szczególnie w pojedynkę) ogarnąć wszystkiego. Trzeba nauczyć się prosić o pomoc, albo chociaż ją przyjmować (ja wciąż nad tym pracuję, jako typowa Zosia - samosia). I odpuszczać. Mogłabym zawziąć się i kiedy dzieciaki idą spać w tym czasie ogarnąć ubrania, zmyć podłogi i pewnie jeszcze przygotować obiad na kolejny dzień. Ale nie uważam, żeby "sen był dla słabych" i wolę ten czas poświęcić na regenerację. Skoro za dwa dni prognozuje się opady deszczu, to teraz korzystamy z dworu na maksa. A za dwa dni zostanie nam taras i być może wtedy, sterta ubrań doczeka się złożenia. Nie wierzę we wnętrza ułożone pod linijkę, dwudaniowy obiad z deserem, stroje matchy-matchy jak magazynu modowego i to wszystko w pojedynkę z dziećmi przy nodze, bez uszczerbku na swoim śnie odpoczynku (choćby minimalnego). Dodatkowo składa się na to niewątpliwie charakter. Ja nie lubię siedzieć w domu. Był czas, że po pracy jechałam na pokaz, wracałam nad ranem, myłam się i szlam znowu do pracy. A po pracy na kajaki. Byłam ciut młodsza i szybciej się regenerowałam haha, ale potrzeba, żeby się coś działo - została. Mogłabym z dziećmi zostać w domu, bo warunki mamy idealne. Ogromne podwórko, plac zabaw, rowerki, hulajnogi, piłki, przeszkody etc. Mogłabym szukać wymówek, że samej z dziećmi ciężko, że za dużo zachodu. Mogłabym czekać, na urlop męża, na wolne babci, na to, aż ktoś zaproponuje, że uda się gdzieś z nami, że może razem będzie łatwiej. Mogłabym. Ale nie chcę.
Po pierwsze i najważniejsze : lubię być niezależna. Denerwuje mnie czekanie aż ktoś przyjedzie, aż ktoś coś zrobi, aż coś nastąpi. Wolę mieć tą siłę sprawczą, kiedy to ja decyduje kiedy, jak i z kim.
Po drugie jak pisałam wyżej uczę się wciąż prosić o pomoc. Jestem ogromnie wdzięczna, że jest ktoś, na kogo mogę liczyć zawsze nie tylko w kryzysowych sytuacjach, ale też wtedy, gdy muszę przewietrzyć głowę, bez dzieciaków przy nodze (mamo, tato ♥♥♥).
Po trzecie mam poczucie, że wychodząc z dzieciakami wszędzie (gdzie to możliwe lub konieczne) uczę je funkcjonowania w tym świecie. Zachowania w konkretnych miejscach, sytuacjach. To prowokacja do rozmów na najróżniejsze tematy : od bezpieczeństwa na drodze, przez rozmowy z nieznajomymi, po pomoc, gdy komuś dzieje się krzywda. Jasne, że bywają kryzysowe sytuacje, że któraś z dziewczynek nie chce gdzieś iść, albo wręcz przeciwnie, chce - z tym, że niekoniecznie tam gdzie ja 😂. Na razie udaje nam się przeżyć bez większych dramatów, ale to początek naszej drogi i być może wszystko przed nami 😅. Stresują mnie wtedy nawet te drobne nieposłuszeństwa czy bunty. Moja wyobraźnia wtedy działa błyskawicznie i w głowie od razu tworzy mi się dramat w wykonaniu moich trzech małych aktorów, które do tej pory widywałam tylko w internecie 😅. Co wtedy robię? Staram się być spokojna (chociaż łatwiej byłoby usiąść i zapłakać 😂). Z Zuzią sprawą jest o tyle prostsza, że ona już jasno komunikuje co się dzieje i o co chodzi. Jeśli zaczyna się płacz /jęczenie o (w moich oczach) drobnostkę lub zupełnie irracjonalną rzecz (nadal w moich oczach, bo w jej bluza, która jest nieksiężniczkowa irracjonalnym problemem nie jest 😅) pytam, czy jest to mały problem, średni czy może duży? Ona wtedy ciut wytrąca się z tego marazmu i analizuje jaki kaliber ma jej zmartwienie. W zależności od rozmiaru razem szukamy rozwiązania. Nie jest to mój pomysł. Wyczytałam go prawdopodobnie u kogoś na blogu/ w jakimś artykule, ale za nic w świecie nie jestem w stanie sobie przypomnieć gdzie...
Po czwarte staram się w jak najwięcej rzeczy angażować dzieciaki. Robię obiad - próbują obierać np. ogórki albo podają miski, łyżki itp. Sprzątam - dostają swoje ściereczki i też pucują. Idziemy razem na zakupy? Każda szuka jakiegoś produktu i wrzuca do koszyka. Wczoraj zabrałam dzieci na obrzeża miasta, żeby kupić trochę kwiatów na działkę. Bałam się, że szczególnie Lila ze swoją energią zacznie biegać nie zważając na ustawione wszędzie doniczki. Zaproponowałam, że będą pakować do skrzynek to, co im podam a na koniec same wybrały sobie po jednym kwiatku, które chciały. Oczywiście dostały ograniczony wybór, co jest chyba kluczem współpracy, bo gdybym pozwoliła wybrać którykolwiek, skończyłoby się pewnie zmianą zdania z każdym nowozobaczonym kwiatkiem 🙂 A tak stanęłyśmy przy czubatkach w trzech kolorach, z nich mogły wybrać, więc szybko i łatwo poszło. Wszyscy zadowoleni 🙂
Skąd WIOSKA w tytule posta? A dlatego, że podpisuje się obiema rękami pod stwierdzeniem, że do wychowania dzieci potrzeba całej wioski. I nie chodzi tu tylko o dziadków, ciocie, kuzynostwo. Chodzi o tych wszystkich ludzi, których spotykamy na swojej drodze każdego dnia. Bo to jak my traktujemy ich, jak i jakie problemy pomagamy rozwiązywać oraz to, co oni pokazują / mówią do naszych dzieci składa się na ich wychowanie. Tylko tak możemy pomóc zrozumieć świat, nakierować jak przecedzać informacje, które dostajemy. Jak odróżniać dobro od zła.
Kończąc już, bo trochę mi się wątek rozbudował, bierzcie poprawkę na to, co widzicie w internecie. To tylko urywki codzienności. I uwierzcie w siebie. kochając swoje dzieci chcecie dla nich tego, co najlepsze. I JESTEŚCIE NAJLEPSZYMI RODZICAMI DLA SWOICH DZIECI. Nawet z mrożonymi pierogami na obiad czy w nieuprasowanej bluzce.
To, jaki problem ma rozmiar i jak dziecko może sobie pomyśleć, przeanalizować, świetny pomysł. Sama z niego korzystam. A kiedyś chyba widziałam na blogojciec. Ale ręki nie dam uciąć. Poza tym już wiem, nauczyłam się, że problem, który w moich oczach jest mało istotny, dla mojego młodego jest bardzo ważny. Dlatego nie śmieję się w kryzysowych sytuacjach, a o te nie trudno... Bunt za buntem 😀🤣 ale to jest właśnie macierzyństwo ❤️
OdpowiedzUsuńO tak! Najważniejsze to zrozumieć, że ta głupota dla bąbla głupotą nie jest. U nas faza na księżniczki, więc każdy strój który nie jest sukienką jest zły. A nie daj Boże bluza. Bluza to dopiero nieksiezniczkowy dramat 😅🙈🤷🏼♀️
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń