Przejdź do głównej zawartości

Balkonowa metamrfoza

 Lubię sprawiać bliskim prezenty. Lubię wiedzieć czego im potrzeba, co sprawi przyjemność, będzie użyteczne lub związane z ich zainteresowaniami. Schody zaczynają się, gdy obdarowywany 'ma już wszystko', brak mu szczególnego zainteresowania, z którym łączą się jakieś gadżety, czy wydaje się, że wszystkie pomysły już wcześniej zostały zrealizowane. Okazji jest całkiem sporo, bo urodziny, imieniny, dzień mamy, taty, babci, dziadka, dziecka. Do tego przeważnie obdarowuje kilka osób i fajnie byłoby nie zdublować prezentu. O dniu mamy i taty nigdy nie zapominam. Przy innych okazjach niestety mi się zdarza... Natomiast te dwa święta (i jeszcze kilka innych) są szczególne. W tym roku razem z bratem postanowiliśmy zrobić rodzicom wspólny, ciut wcześniejszy prezent. Tym razem postawiliśmy na użytkowość. Zdecydowaliśmy się na metamorfozę balkonu. Od roku czy dwóch bez przeszklenia, wciąż czekał na lepsze jutro. Zawsze coś było ważniejsze, a balkon stał się składzikiem rzeczy, których nie było czasu wynieść do piwnicy lub były często potrzebne. Stwierdziliśmy, że czas to trochę zmienić. Najpierw przygotowaliśmy plan co chcielibyśmy zrobić. Łukasz wymierzył balkon i usiedliśmy z kartką i długopisem, żeby wszystko rozpisać. Potem przyszedł czas na przeszukanie internetu w celu wykonania wstępnego kosztorysu. I tu padło "robimy to!". Łukasz, jako że stacjonuje w Warszawie wybrał się na zakupy i skompletował potrzebne rzeczy. Kilka drobnostek zostało dla mnie. Nadszedł dzień, w którym to mieliśmy zrobić tę super metamorfozę. Małym schodkiem okazało się to, że tata ma dzień wolny od pracy. Musieliśmy znaleźć mu jakieś zajęcie poza domem. Ściągnęłam więc tatę do siebie z prośbą o kilka robótek, a sama oznajmiłam, że jadę z dzieciakami. Pojawiło się kilka pytań, ale udało mi się chyba zgrabnie uchylić od szczegółowych odpowiedzi. Z bagażnikiem zapakowanym po brzegi, pojechałam z dzieciakami na nasze miejsce pracy. 

Pierwszym krokiem było uprzątnięcie balkonu ze wszystkich "przydasi". Faktycznie potrzebne rzeczy zostały, te mniej znalazły miejsce w piwnicy, a były też takie, które wylądowały w śmietniku. Mieliśmy rozpocząć od malowania, ale po pierwsze pogoda nie była najlepsza a po drugie, latem czeka Łukasza i tatę praca z elewacją, więc malowanie teraz "dla sztuki" byłoby trochę bez sensu. Te etap więc ominęliśmy. 


 

Kolejnym krokiem było położenie sztucznej trawy. To okazało się najbardziej czasochłonne, bo chociaż balkon jest raczej mały (73x350cm), to nie jest idealnym prostokątem. Dodatkowo na tak małej powierzchni trudno się przekręcić, coś naciągnąć, wyrównać... Finalnie efekt nas zadowolił.

 


Dalej chcieliśmy osłonić balustradę. Na barierkach zaczepiona była mata zacieniająca. Była w dobrym stanie, zakrywała to, co jest na balkonie, osłaniała też od kurzu i trochę od deszczu, więc ją zostawiliśmy na zewnątrz a od wewnątrz zamontowaliśmy matę słomianą, żeby stworzyć fajny klimat. Mocowaliśmy opaskami zaciskającymi, więc tutaj wszystko szło szybko i bez niespodzianek. Janek od razu testował wytrzymałość. Dała radę, chociaż drżałam o to, czy dotrwa w jednym kawałku do powrotu rodziców.




Ścianę na końcu balkonu chcieliśmy osłonić drewnianą kratką, na której będzie można wieszać doniczki z roślinkami. Łukasz wywiercił otwory na kołki (swoją drogą kupiłam za duże, tak ładnie mi Pan w sklepie doradzał), zawiesił i gotowe. Prawie całą ścianą zakryta drewnianą kratką, więc nawet brak malowania nie rzucał się tak w oczy. 

 



I tu przyszedł czas na wstawienie robionej przeze mnie półki /stojaka na doniczki. Łukasz wymierzył, że szafka ma mieć 70 cm. Taką też zrobiłam. No może parę milimetrów węższą. Niestety barierka balkonowa na górze zakończona jest szerszą rurą, niż w miejscu, w którym miała stać i nie było mowy, żeby ją wcisnąć... W ruch poszła więc piłka do drewna. I udało się półkę ustawić tak, jak trzeba. A w zasadzie wcisnąć.  Nie jestem pewna czy Darek Stolarz z Remontów Szelągowskiej bił by brawo za wykonanie, ale funkcję swoją spełnia. Dodatkowo pod półką jest miejsce na wiadro od mopa czy siatkę i podbierak na ryby, które wcześniej też tam miały swój kąt, a przy tym ni rzuca się to w oczy.

 



Po półce zostało rozłożyć stolik i krzesła, ustawić i powiesić kwiaty i metamorfozę mogliśmy uznać za skończoną.

 


 Czekaliśmy na powrót rodziców, zasłoniliśmy im nawet oczy, żeby opaski zdjąć dopiero po wyjściu na balkon. Noo wyglądali na zaskoczonych i zadowolonych. Zamiar osiągnięty! My też jesteśmy z siebie zadowoleni! Żałujemy, że pogoda trochę pokrzyżowała wszystkie plany, że nie mogliśmy już dziś przetestować balkonu po metamorfozie, ale wierzymy, że za chwilę pojawi się słońce i rodzice będą mogli korzystać z odmienionego balkonu. Jestem z nas dumna, bo udało nam się to ogarnąć w 4 godziny! Z trójką dzieci i średnią pogodą!

Jak widzicie balkon jest na prawdę wąski. Rozłożony stolik zajmuje prawie całą szerokość. Na co dzień stolik będzie stał bliżej wejścia , żeby zrobić swobodny dostęp do kwiatów. Na spokojne wieczory, gdy ruch na mieście osłabnie, wystarczy przesunąć go do środka i voila!

 



 A Wy lubicie takie metamorfozy i projekty DIY? Ja uwielbiam i to na pewno nie ostatni projekt, jak Wam pokazuję. Już jestem w trakcie tworzenia kolejnego, więc spodziewajcie się następnych inspiracji. I pochwalcie się, jeśli macie za sobą jakieś ciekawe "zrób to sam".

Komentarze

  1. Balkon wygląda super! Uwielbiam takie metamorfozy szczególnie zrobione własnoręcznie! Daję okejke :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Na wspomnienie Darka stolarza uśmiechnęłam się :) super metamorfoza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On pewnie też by się uśmiechnął, jakby zobaczył jak zrobiłam półkę 😂 Dzięki!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tłusty Czwartek

W Tłusty Czwartek, 24 lutego, tydzień temu świat, jaki znaliśmy do tej pory skończył się. Rosja zaatakowała Ukrainę. Trudno znaleźć portal czy osobę w internecie, która chociażby słowem się do tego nie odniosła. Ja o sytuacji geopolitycznej nie mam zamiaru rozprawiać - nie jestem specjalistą, nie mam odpowiedniej wiedzy. Staram się obserwować rzetelne źródła, które weryfikują informacje wrzucane do sieci. Rozprawiać za to będę o swoich emocjach, bo na tym trochę jednak się znam. Czwartek, jako ten pierwszy dzień przeżyłam w szoku. Bo jak to wojna? Taka, którą znam z książek? Tuż za rogiem? W XXI wieku, gdzie latamy w kosmos, wymyslamyh cuda na kiju ktoś wjeżdża w niewinnych ludzi czołgiem? Nie pomógł mi też fakt, że Zuzia przyniosła wieść o wojnie z autobusu. Moje emocje poszły więc w odstawkę i musiałam zająć się tymi niespełna pięcioletnimi. Tu chyba poszło dobrze, bo do tej pory temat nie był poruszany. W domu nie słuchany radia w czasie wiadomości, nie oglądamy też programów inform...

Macierzyństwo

Od kilku dni, jeśli nie dłużej, noszę się z zamiarem napisania tego tekstu. I nadszedł w końcu ten czas ;) Może najpierw geneza. Obserwuję różne profile na instagramie. Jedne ze względu na piękne zdjęcia,  drugie ze względu na treści, a jeszcze inne że względu na znajomość. Na jednym z nich, którego mogę zaliczyć do drugiej z wyżej wymienionych grup od kilku tygodni pojawiały się treści, z którymi nie do końca mogłam się zgodzić. Ba, nawet budziły we mnie... może nie oburzenie, ale raczej negatywne emocje. Rzecz jest o macierzyństwie. Każdy kolejny post tyczy się ograniczenia,  jakie niesie za sobą rzeczony stan. A to skończyło się życie, a to zostałam oszukana, bo dziecko płacze, nie śpi jak na pięknych zdjęciach w internetach i temu podobne historie. Nie mam wielkiego stażu macierzyńskiego, ale może właśnie ja-mloda, niedoswiadczona mama powinnam napisać jak jest? Jak jest u mnie, bo komentarze, które widziałam pod tymi postami zdają się mówić, że 95% matek czuję się "oszuk...